W gospodarczym chaosie końca lat 80-tych firmy państwowe obrastały siecią spółek, pasożytujących na ich majątku, co zyskała miano „uwłaszczenia nomenklatury”, kładąc się cieniem na późniejszej prywatyzacji. Z drugiej strony, na gruncie prawa spółdzielczego, a potem kodeksu handlowego, powstawały oddolnie spółdzielnie i spółki, które były wstępną szkołą samodzielnego gospodarowania.

Ćwierćwiecze polskiej gospodarki rynkowej ma swoją prehistorię, z jej dobrymi i złymi zadatkami na przyszłość. Wspominane, patologiczne i obiecujące formy prywatne stanowiły jednak margines etatystycznej gospodarki, pogrążonej w anarchii i ucieczce od pieniądza. Przed takim wyzwaniem stanęły pierwsze rządy solidarnościowe, które – po wstępnym ustabilizowaniu gospodarki i nadaniu jej rynkowego oblicza – musiały ruszyć z posad bryłę sektora państwowego. Otwarte pole wolności gospodarczej wypełniało się samo, ale zmiana proporcji własnościowych potrzebowała widzialnej ręki państwa.

Z perspektywy czasu można czynić interesujące obserwacje przemian jakościowych w obu nurtach polskiej transformacji – prywatyzowanego sektora państwowego oraz oddolnej przedsiębiorczości. Można porównywać ich wkład w sukces gospodarczy 25-lecia, ale także tempo dojrzewania standardów etycznych, kultury korporacyjnej i tego co nazywamy społeczną odpowiedzialnością biznesu.

Zdany test na przedsiębiorczość.

Przeważa pogląd, że eksplozja przedsiębiorczości stanowiła szczególny wyróżnik polskich przemian. Zgadzam się. Świadectwo zaradności Polaków, widoczne w postaci niezliczonych ulicznych straganów i naprędce skleconych budek, oferujących „domowy posiłek” przy polskich drogach, nie miało odpowiednika w ówczesnej Czechosłowacji, na Węgrzech, nie wspominając o apatycznych terenach dawnego NRD. Bramy wolności otworzyła ustawa Mieczysława Wilczka u schyłku PRL-u, ale dopiero narodziny rynkowej gospodarki i prawdziwego pieniądza na progu roku 1990 wyzwoliły ogromny potencjał rodzimej przedsiębiorczości. Była to polska wersja pierwotnej akumulacji kapitału przez nowy biznes, głodny szybkiego sukcesu i wykorzystujący łapczywie wszelkie luki niedoskonałego prawa. Nie umniejsza to zasług setek tysięcy zaradnych i zarazem uczciwych ludzi, którzy przenosili się z państwowego w prywatne, tworząc podwaliny nowej gospodarki. W pamięci zbiorowej pozostają jednak takie wpadki, jak afera ART-B, zniekształcające historyczną perspektywę.

Osobiście wiele mogę powiedzieć o blaskach i cieniach pierwszego pokolenia kapitalistów III RP, gdyż organizowałem ich spotkanie z sektorem państwowym w ramach prywatyzacji. Nastąpiło to w połowie 1991 roku, kiedy jasne już było, że rodzimy kapitał nie jest w stanie konkurować z zagranicą. By wyrównać szanse, wytypowano kilkanaście firm mniejszego kalibru, adresując ofertę do klienteli krajowej. Był to ryzykowny eksperyment, jak się okazało, bo nie było dobrego sposobu sprawdzenia wiarygodności potencjalnych nabywców. Rekomendacje ze strony lokalnych środowisk gospodarczych bywały zawodne, co ilustruje przypadek pierwszego nabywcy krakowskiej spółki „Techma”, który na zaufanie absolutnie nie zasługiwał, zmuszając nas do wycofania się z transakcji. Przebyliśmy od tej pory długą drogę dojrzewania rodzimego biznesu do europejskich standardów. Powiedzenie „początki są trudne” pasuje tu jak ulał!

Konieczność dostosowania sektora państwowego

Równolegle zmieniał się i przekształcał sektor państwowy. Socjalistyczne przedsiębiorstwo – z formy, a nie treści – było bytem na wskroś socjalnym. Prowadziło przedszkola, domy wczasowe, świetlice i stołówki. Brakowało jedynie gospodarności i racjonalności, bo sztuka zarządzania w „gospodarce braku” polegała na pozyskaniu zaopatrzenia i perwersyjnej grze z centralnym planistą. Spoza tej socjalnej formy wyzierała szara, pracownicza rzeczywistość, co uchwycili najodważniejsi dokumentaliści PRL-u, z Kieślowskim na czele. Niepisanym przywilejem było „wynoszenie za bramę”, w odróżnieniu od górniczego deputatu węglowego, zapisanego w prawie. Był to bezcenny, nieformalny deputat w kraju pustych półek. Takie obyczaje musiał ukrócić prywatny inwestor, co rodziło napięcia w toku prywatyzacji. Wspomnę kosztowny dla mnie konflikt w wałbrzyskiej „Porcelanie”, doskonale ilustrujący iskrzenie przy zetknięciu państwowego z prywatnym. Akurat w tym przypadku, główną winę przypisuję nabywcom, ucieleśniającym – w sposobie traktowania firmy i załogi – polską odmianę nuworysza. Była to jedna z twarzy polskiego kapitalizmu w pierwszym pokoleniu…

Byli tacy, co oczekiwali cudu gospodarności od tzw. komercjalizacji – przekształcenia przedsiębiorstwa państwowego w spółkę Skarbu Państwa. Iluzja! Rzeczywiste dostosowanie spuścizny socjalizmu do logiki gospodarki rynkowej niosły zmiany własnościowe. Najszybciej i najgłębiej wkraczał strategiczny inwestor, co przebiegało łagodnie przy zetknięciu z doświadczonymi korporacjami zagranicznymi, a niekiedy iskrzyło, gdy wkraczali nasi, w stylu nabywców wałbrzyskiej Porcelany. Przy rozproszonym akcjonariacie giełdowym decydowała jakość managementu. Swoistą kategorię stanowiły bardzo liczne spółki pracownicze, gdzie także wiele zależało od autorytetu szefa, powściągającego roszczeniowe apetyty załogi. Nie ma lepszej ilustracji, niż TZMO Toruń, pod wodzą prezesa Józefowicza, któremu zaufałem, a on rozwinął firmę w korporację międzynarodową. Istniejące do dziś pozostałości Skarbu Państwa (energetyka, górnictwo, infrastruktura) dotyka pokusa nomenklatury, przez co nie zawsze do głosu dochodzą talenty menadżerskie, których w Polsce XXI wieku nie brakuje. Swoją rolę w uszlachetnianiu sektora państwowego odegrał nieco zapomniany, oryginalny model restrukturyzacji przedsiębiorstw i banków. Zmuszał on obie strony do swoistej interakcji, zrywając pasożytnicze więzi między gospodarką realną, a państwowymi bankami, zanim nastąpiła ich prywatyzacja. Ile kosztuje zaniechanie, przekonuje Słowenia, gdzie państwowa bankowość była zalążkiem kryzysu, zatruwającego życie polityczne kraju.

W ciągu 25-ciu lat oba nurty transformacji – oddolna przedsiębiorczość i prywatyzowana gospodarka – odmieniły naszą gospodarkę. Żaden inny kraj nie może równać się z Polską, która powiększyła swój PKB o 230 procent. Skróciliśmy dystans do Zachodu o połowę. Ilość stopniowo przechodzi w jakość. Prywatny biznes nagradzany jest na odświętnych galach za społeczną wrażliwość i czerpie z tego wyraźną satysfakcję. Są tacy i owacy, ale przebija się chęć budowania marki firmy na długie lata i pozyskiwania szacunku otoczenia. Sektor państwowy zamienił się w efektywne firmy prywatne, zaś pozostałości Skarbu Państwa są znacznie lepiej zarządzane, o ile opierają się nomenklaturze. Wyzbyły się bazy socjalnej, ale stały się społecznie odpowiedzialne w tym najgłębszym sensie, iż gospodarują racjonalnie i godziwie wynagradzają dobrą pracę. Polska zaprzeczyła uprzedzeniom i stereotypom, które doskonale pamiętam, jako świadek i uczestnik polskich przemian. Wybiwszy się na niepodległość, Polska wybiła się na gospodarność. Z dystansu widać lepiej!

Janusz Lewandowski